Aktualności

Taekwondo

Klub
Trenerzy
Kalendarz
Zapisy
Psychologia
Kontakt
Linki

Tajemna wiedza i fortepian

 

Była by pełnia szczęścia, gdyby wiedza z zakresu psychologii sportu mogła wkroczyć już do szkół podstawowych?


I wiele dobrego zaczęłoby się dziać w szkołach, gdyby ta wiedza szerzej była prezentowana nauczycielom a oni chętniej ją stosowali szczególnie w szkołach podstawowych. Kilka razy uczestniczyłem w warsztatach dla nauczycieli wychowania fizycznego. Pokazywałem w jaki sposób docierać do umysłu poprzez mięśnie. Po zajęciach zadawali pytania. Później dzwonili prosząc o kasety z nagraniami muzyki relaksacyjnej, która mogła być stosowania na koniec lekcji, by wyciszyć i uspokoić uczniów, albo jako tło stymulujące, koncentrację w czasie lekcji. A cześć jako typowy przekrój społeczny przyszła po to odfajkować kolejne szkolenie.

 


Cywilizacja zabija...Slogan?


Nie, bo rozwój wzbogaca ale i niestety czasem ogranicza. Człowiek zamyka się w pewnych prostych niestety schematach. Banalny przykład z kuchni. Gospodyni domowa zaczyna kombinować z potrawą jak ją przyrządzić, żeby była smaczna  ciekawa, to jest to swego rodzaju wysiłek intelektualny  Uruchamia wzrok patrząc jak potrawa wygląda, smak bo ją kosztuje, węch...Zbiera setki informacji, które analizuje mózg, żeby wybrać najbardziej odpowiednią kompozycję smakową. A niestety najczęściej kucharzenie ogranicza się do sięgnięciu do zamrażarki, wyjęciu gotowego dania i wrzucenia go do mikrofalówki. Gdzie jest intelektualizacja procesu przyrządzania potrawy? Jedzenia wreszcie też. Zero. Nic. Jest mechanizacja procesu. I kolejny przykład na to, że rozwijająca się cywilizacja wzbogaca ale jednocześnie i ogranicza niektóre elementy rozwoju człowieka. Sam nie jestem muzykujący ale wiem, bo jako dziecko uczyłem się muzyki, ile wysiłku a jednoczesnie i przyjemności dawała gra. Tego rodzaju wrażeń nie ma, kiedy odtwarza się muzykę płyty czy kanału muzycznego, ograniczając się wyłącznie do biernego jej odbioru.

 


A teraz biernie ją odbierasz czy grasz?


Ja byłem motywowany do gry na pianinie przez moją mamę. I był to silny bodziec zewnętrzno-kontrolny powiedziałbym, by mnie motywować. W momencie kiedy dojrzałem, żeby powiedzieć, nie już nie chce grać, zrobiłem to i wyparłem z siebie, w pewnym sensie wyczyściłem pamięć z informacji muzycznych. I teraz tego żałuje. Ale z duża przyjemnością słucham gry na pianinie i prowadzam własne dzieci, żeby się tego nauczyły. 

 


I czyżby to był błąd Twojej mamy, która nie była konsekwentna do końca. Mogła wszak kazać chodzić na lekcje muzyki i już...


Myślę, że z jej strony nie było zachęcania mnie własnym przykładem, bo sama nie grała, a mnie dała administracyjny nakaz, że muszę grać. A ja nie chciałem. I na tym zasadzał się błąd.

 


Zerwałeś z muzyką dla sportu?


Nie zupełnie dlatego. Po raz pierwszy ze sportami walki zetknąłem się z judo na początku lat siedemdziesiątych, a były czasy kiedy o sztukach walki poza judo w ogóle się w Polsce mało słyszało. Była to dla mnie zwłaszcza, cudowna, tajemna wiedza. Brat mojej mamy trenował judo, w trakcie studiów w Poznaniu i wiedząc to jako dzieciak wielokrotnie prosiłem go, by pokazał mi jakąś „sztuczkę”.
Zawsze zresztą lubiłem bić się z chłopakami i wolałem walki typu zapaśniczego: przewracanie się, siłowanie, przytrzymywanie na ziemi i szukanie rozwiązań, żeby kogoś tak właśnie pokonać, a nie tylko lać się na pięści.
Decyzje o zapisaniu sie na judo, podjąłem pod wpływem wydarzenia, które często motywuje młodych chłopców do sportów walki. Zostałem pobity, bo ktoś chciał ode mnie pieniędzy. Było to w Olsztynie, na Starym Mieście,  kiedy wracałem z lekcji muzyki właśnie... 

 

 

Czy wówczas powiedziałeś swojej mamie z wyrzutem. A widzisz, to przez te lekcje muzyki?


Powiedziałem sobie, że nigdy więcej na to nie pozwolę i że nikt mnie już więcej tak nie sponiewiera. Pal licho, że bolało. Byłem upokorzony!  Z kolegą Andrzejem Grudzińskim, od dłuższego czasu zresztą mówiliśmy, że trzeba się zapisać, ale jakoś brakowało tego momentu decyzyjnego, że to trzeba zrobić jutro właśnie. I trafił się. Poszliśmy i nas nie przyjęli. Na kolejną lekcję kazali przynieść pozwolenie od rodziców na piśmie. Mama podpisała kartkę, którą trzymam jako ważną dla mnie pamiątkę do dziś. Obiecałem wtedy, że będę oczywiście nadal grał na pianinie. I zafundowałem sobie kilkuletni szantaż, „Jak nie pójdziesz na muzykę, to nie pozwolę ci chodzić na treningi”.

 

 

I wtedy też zaczęła Twoja się Twoja fascynacja nie tylko sportami walki ale i kulturą wschodu?


Na temat Japonii i Dalekiego Wschodu znalazł byś na mojej półce książki takie, że niejeden wydział orientalistyki w Polsce by mi ich pozazdrościł. Mam książki o Japonii wydawane w Polsce międzywojennej. I uważam, że był to ten element który spowodował, że judo jako sztuka walki powodowało mój intelektualny rozwój jako człowieka. Czytałem o wielkich samurajach, którzy kształcili się i wzbogacali psychicznie, po to by zostać bardziej efektywnymi wojownikami na polu bitwy i w życiu codziennym. Stąd i u mnie była fascynacja psychologią i decyzja by studiować psychologię i zostać psychologiem sportu.

 


Wiem, że miałeś kontuzje, a były one twoją zmorą. Dlaczego. Zdarzają się przecież i tyle!


U mnie było inaczej. Kiedy zbliżała impreza, zawody to ja chciałem się bardzo solidnie przygotować. Z perspektywy czasu i swojej wiedzy wiem, że były to kontuzje wynikające  z dwóch przyczyn. Trochę niepotrzebnego głodzenia się, bo żeby wystąpić w określonej kategorii, musiałem zrzucać wagę. No i nadmiar treningu, zamiast wyciszać się przed startem. I te liczne kontuzje spowodowały że w końcu pojawiło się pytanie czy ja w ogóle mogę trenować judo. A było to wówczas kiedy  połamany chodziłem w gipsie do pasa, z wystawioną do przodu zagipsowaną ręką, która wyglądała jak podkładka do książki. I choć bardzo dobrze mi się dzięki temu czytało, nie mogłem wykonywać żadnych ćwiczeń, a o chodzeniu na trening nie było też mowy. No i lekarze mnie jeszcze średnio pocieszyli, informując, że nie wiadomo czy ja kiedykolwiek tą rękę do góry uniosę. W co oczywiście nie wierzyłem. I wówczas los chciał, że wtedy właśnie zobaczyłem pokaz karate na Starówce w Olsztynie w wykonaniu Feliksa Siemiensa przy okazji obchodów 1 maja. I to było dla mnie jak uderzenie pioruna. Powiedziałem sobie, że muszę się tym zająć. Natychmiast jak ogłosili zapisy poszedłem do TKKF-u  Wicherek. Jak mnie zobaczyli, z tą moją łapą w gipsie, to zwątpili i tylko popukali po głowie. Ale ja na to, że za tydzień zdejmuje gips i normalnie będę ćwiczył. Siemienas zrobił wtedy na nas piorunujące wrażenie i jego  olbrzymim sukcesem było zbudowanie we mnie głodu poznania sztuki walki „uderzanej”. To było coś innego niż judo, które równolegle oczywiście potem trenowałem. Pierwsze treningi prowadził Siemienas,  a na obozach do prowadzenia zajęć angażował swoich uczniów, których sprowadził ze Szczecina. Głód poznania karate nie został niestety zaspokojony, bo w pewnym momencie Siemienas ostro ruszył w kierunku biznesu i przyznał nam po latach, że tak naprawdę jego hobby to kolekcjonowanie pieniędzy. I dobrze mu to wychodziło.

 


A Twoje zainteresowania poszły w inna stronę?


Mama znowu pomogła mi ruszyć kolejny kamień milowy w moim życiu. Opowiedziała mi o koleżance ze studiów, której syn miał czarny pas w taekwondo i był uczniem Jerzego Konarskiego, prekursora tej dyscypliny sportu A o taekwondo to ja wówczas wiedziałem jedynie tyle, co wyczytałem w jedynym z artykułów w Sportowcu. Tomka Gromadzkiego, bo tak się nazywał syn koleżanki mamy, zaprosiłem go na wakacje.  A ja dałem domek na jeziorem Plusznym a dwóch jeszcze kolegów dorzuciło się na wyżywienie Tomka, który miał być z nami przez dwa tygodnie. To co on nam pokazał pierwszego dnia, to był dla nas szok. Byliśmy pod dwóch obozach z Siemienasem i jego instruktorami, ale te umiejętności, które zademonstrował wprawiły nas w zachwyt - choćby kopnięcie w cywilnych ciuchach w pionie do sufitu.

 

 

Następnego dnia piłowaliśmy stare deski podłogowe. Ja trzymałem je w dwóch palcach, a Tomek szybkimi uderzeniami i kopnięciami łamał. A kiedy dłonią rozbił rozbiórkową cegłę, to wiedzieliśmy, że to właśnie jest to, co chcemy ćwiczyć.

 

 

 

I karate oraz judo zeszły na plan dalszy?


A ja zacząłem jeździć do Lublina, żeby tam na miejscu pod okiem Jerzego Konarskiego zgłębiać wiedzę o taekwondo i jednocześnie nauczać go w Olsztynie.

 

 

A kolejnym ważnym dla mnie etapem było spotkanie na Mistrzostwach Swiata taekwondo w 1979r. Mistrza Kyong Myong Lee (9 dan), który stał się moim mentorem na resztę życia jako nauczyciel nie tylko taekwondo…

 

 

 

Z niezłym skutkiem jak się po latach okazało. Twoja sekcja AZS-u Uniwersytet Warmińsko-Mazurski, została w roku 2005 najlepsza w Polsce -juniorzy wygrali turniej Ogólnopolskiej Olimpiady Młodzieży a seniorzy Mistrzostwa Polski.

 


Refleksje po latach:

Minęło już ponad 41 lat od mojego pierwszego treningu judo a pasja i miłość do sztuk walki nie wygasła, choć nie zawsze podoba mi się kierunek ich rozwoju… a kartkę ze zgodą mojej mamy na uprawianie judo nadal trzymam, jako ważną dla mnie pamiątkę.


Spotkania z moimi trenerami z początków przygody ze sztukami walki są zawsze dla mnie specjalną okazją. Szkoda tylko, że Mistrz Kyong Myong Lee już odszedł…

 

No a sekcja taekwondo KS AZS UWM Olsztyn nadal jest jedną z najlepszych w kraju, choć to już teraz głównie zasługa współpracujących ze mną młodszych trenerów, którzy wspaniale kontynuują zapoczątkowaną przeze mnie przygodę z taekwondo w Olsztynie.
( aktualnie dzierżymy tytuły drużynowego Akademickiego Mistrza Polski, Wice-Mistrza Polski Seniorów i Wice-Mistrza Polski Juniorów)